Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
/

Ostrzeżenie przed Jugendamtem

 

Ostrzega się polskie matki i ojców mających zamiar przyjechać do Niemiec z dziećmi, bądź urodzić dzieci w Niemczech, o możliwych konsekwencjach swojego czynu. W przypadku np. rozwodu, utraty pracy, konfliktu z prawem może dojść do odebrania w majestacie (?) niemieckiego prawa przez Jugendamt Waszych dzieci i przekazania ich np. do niemieckiej rodziny zastępczej. Rachunki za rodzinę zastępczą otrzymacie pocztą.

 

Jugendamt powstał w roku 1922 jako instytucja doradcza. Jego późniejsze dosłownie bezgraniczne możliwości, ideologia i niekontrolowane zasady działania zostały określone przez NSDAP w roku 1936. Po wojnie Jugendamt nie został rozwiązany, mimo że był aktywnym elementem nazistowskiego aparatu przemocy. Liczne przypadki uprowadzenia dzieci przez niemiecki Jugendamt - urząd do spraw młodzieży oraz przypadki zabraniania rozmowy z dziećmi w języku innym niż niemiecki, wskazują jednoznacznie na rozpowszechnioną w Jugendamtach i tolerowaną przez niemieckie prokuratury i niemieckie sądownictwo praktyki zmierzające do zniemczenia dzieci innych narodowości

 

Źródło: http://dyskryminacja-berlin.de/dokumenty.html

 

 

* * * * * *  * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

 

Sprawy przed Jugendamtami ciągną się w Niemczech w niektórych przypadkach aż do osiągnięcia przez dzieci pełnoletności

Przegrany bierze dzieci od piątku do niedzieli

Z Marcinem Gallem, przewodniczącym berlińskiego oddziału Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, współprowadzącym audycję "Horror Jugendamt" w radiu internetowym Wolne Media, rozmawia Marta Ziarnik

Kiedy rozmawialiśmy przed miesiącem, Marzenie Zdebiak udało się odzyskać 10-letniego syna, którego odebrano jej na mocy decyzji austriackiego Jugendamtu, czyli urzędu ds. dzieci i młodzieży. Pana organizacja pomaga teraz innej matce, Małgorzacie K., która o odzyskanie dzieci walczy z obywatelem Turcji.

- Sprawa Małgorzaty K. jest równie skomplikowana jak sprawa Marzeny Zdebiak. Mamy tu do czynienia z typowym polsko-tureckim konfliktem rodzinnym. Sąd orzekł, że dzieci zostają przy matce, ale ostatecznie Jugendamt postąpił wbrew tej decyzji. Na spotkaniu w Jugendamcie pracownik tego urzędu zaproponował matce, żeby ojciec opiekował się dziećmi od poniedziałku do piątku, a matka - od piątku do niedzieli. Czyli de facto uznał ojca za osobę zdolną do wychowywania dzieci. Znam bardzo dobrze tę sprawę, kontaktuję się z tą rodziną od roku 2007. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ojciec, który notabene posiada bogatą kartotekę policyjną, nie nadaje się do wychowywania dzieci. Mało tego, jako osoba niebezpieczna i bezwzględna, powinien być od nich odseparowany. Podobnego zdania był zresztą sąd, przyznając matce pełne prawa rodzicielskie.

 

Jugendamt nie wziął tego pod uwagę?

- Urząd zaproponował ojca jako osobę, która ma wychowywać dzieci. W moim przekonaniu, decyzja pracownika nie była oparta na przesłankach prawnych. Małgorzatę K. reprezentuje w sądzie bardzo dobry i uczciwy adwokat - mecenas Stefan Nowak. Jestem przekonany, że ten doświadczony prawnik skutecznie poprowadzi sprawę. Teraz głównym celem adwokata jest wykazanie w sądzie błędnej decyzji pracownika Jugendamtu, a co za tym idzie, podtrzymanie orzeczenia sądu, który stwierdził, że dzieci powinna wychowywać tylko ich matka. Z ramienia naszego stowarzyszenia sprawę monitoruje Igor Kowalewski, wiceprzewodniczący oddziału berlińskiego. Był on również obecny na pierwszej sprawie sądowej Małgorzaty K.

 

Dlaczego Jugendamt postąpił w tym wypadku inaczej, niż zadecydował sąd?

- Decyzję Jugendamtu w tej sprawie oceniam w kategoriach politycznych. Turcy są w Niemczech bardzo wpływowi, mają swoich przedstawicieli na różnych szczeblach władzy. Nie należy zapominać również o realnym wsparciu, jakie otrzymują od tureckiego rządu, czego niestety nie można powiedzieć o stosunku kolejnych polskich rządów do sytuacji niemieckiej Polonii.

 

Jakie są szanse, że Małgorzata K. odzyska dzieci?

- Jestem przekonany, że mimo działania Jugendamtu ponownie możemy liczyć na uczciwość i bezstronność Sądu Rodzinnego w Berlinie. Wiem z doświadczenia, że sądy często mają odmienne zdanie od Jugendamtu. Jednak ze względu na fakt, że instytucja ta znajduje się poza jakąkolwiek kontrolą organów państwa, oficjalnie się o tym nie wspomina.

 

Często przywołuje Pan zdanie: "przegrany bierze dzieci od piątku do niedzieli". Tak też się stało w tej sprawie.

- Rodzic, któremu Jugendamt przyzna opiekę nad dziećmi od piątku do niedzieli, jest tylko kimś do spędzania z nimi wolnego czasu. Każdy normalny rodzic chce uczestniczyć w wychowaniu swoich dzieci - chce również mieć realny wpływ na ich rozwój, uczestniczyć w życiu codziennym dziecka, widzieć, jak odrabia lekcje i jak zachowuje się w środowisku szkolnym, dzielić z nim jego radości i problemy. Obecny system takiego rodzica od tego wszystkiego izoluje, czyniąc go rodzicem "od święta", czyli osobą niemal zbędną w życiu dziecka.

Jak wiem z doświadczenia, mamy tu do czynienia z systematycznym izolowaniem dziecka od rodzica, gdyż po pewnym czasie informuje się takiego rodzica, że jego dziecko nie chce mieć z nim kontaktu. Jugendamt ustala pytania i odpowiedzi dziecka. Rodzic gorszej kategorii jest systematycznie, w miarę jak dziecko dorasta, izolowany. Następstwem takiej z góry ustalonej decyzji są spotkania nadzorowane przez jugendamtowskiego "specjalistę". Charakterystyczne, że osoby, które prowadzą takie spotkania, przeważnie wystawiają opinię, jakoby dziecko bało się rodzica albo nie łączyła go z nim żadna pozytywna więź.

 

Marzena Zdebiak podkreślała, że kiedy jej syn przebywał w ośrodku opiekuńczym, to te już i tak sporadyczne spotkania z dzieckiem były dodatkowo ograniczane i odbywały się pod nadzorem. Dlaczego Jugendamt tak skrupulatnie pilnuje, by widzenia rodziców z dziećmi były kontrolowane?

- Nie tylko ja uważam, że kryminalizowanie rodziców w Niemczech i Austrii oraz próby udowadniania im patologii mogą być w pewien sposób wygodne dla Jugendamtu, gdyż dzięki temu urząd dba o interesy swoich pracowników i firm, które prowadzą spotkania nadzorowane. Spotkania te mają dodatkowy cel - zapewnienie miejsc pracy ludziom, którzy klepią się po plecach i nazywają fachowcami w sprawach dzieci. Również Jugendamt jako płatnik być może oczekuje od tych ludzi odpowiedniej opinii - najlepiej takiej, że rodzic jest patologiczny i że dziecko nie potrzebuje z nim żadnego kontaktu. Jugendamt płaci i wymaga. Jeżeli opinia będzie inna niż oczekiwana przez urzędników, to osoba wydająca tę opinię nie dostanie już kolejnych zleceń. Znam osobiście kilka takich osób z Berlina, które powołując się na rzekome dobro dziecka, w rzeczywistości kierowały się dobrem własnej kieszeni.

 

Jugendamt standardowo kieruje też dzieci i rodziców do psychologa. W przypadku Marzeny Zdebiak to był główny powód odebrania jej Kacpra - matka nie poszła z nim do psychologa.

- Psycholodzy czy psychiatrzy rodzinni zazwyczaj wystawiają opinię taką, jakiej oczekuje Jugendamt. Tu również chodzi o biznes. Jeżeli taki psychiatra czy psycholog chce mieć nowe zlecenia, to zapewne musi być wydajny, czyli musi zarabiać na siebie i dla urzędu. Przypuszczam, że Jugendamt oczekuje od takiego "specjalisty" opinii, iż rodzic nie nadaje się do wychowywania własnych dzieci, i taką opinię od swojego "fachowca" zazwyczaj otrzymuje.

 

W czym tkwi istota polityki Jugendamtu?

- Oficjalnie Jugendamt kieruje się tzw. dobrem dziecka, mimo że żaden z jego wewnętrznych przepisów nie definiuje, czym to dobro jest. Ciągle mówi się o tym, że pracownicy Jugendamtu to ludzie uczciwi, stawiający na pierwszym miejscu dziecko i jego dobro. Jednak jak jest w rzeczywistości, najlepiej pokazują przypadki, z którymi jako stowarzyszenie mamy do czynienia każdego dnia.

Z moich obserwacji wynika, że polityka Jugendamtu ma na celu niejako szczucie jednego rodzica przeciw drugiemu, tak żeby konflikt rodzinny ulegał zaostrzeniu. Taka właśnie eskalacja sprawia, że pracownik Jugendamtu staje się bardziej potrzebny, uzurpując sobie prawo do bycia "nadrodzicem". Psycholodzy, pedagodzy, pediatrzy i adwokaci dzieci zarabiają na tej polityce olbrzymie pieniądze.

 

Jugendamt odbiera dzieci także niemieckim rodzicom.

- To prawda. W skali roku są ich tysiące. Tylko że te osoby pozostają anonimowe. Bardzo często ci rodzice są także nieświadomi przysługujących im praw. Taką ikoną jugendamtowskiej dyskryminacji jest rodzina Haase, której ten urząd odebrał siedmioro dzieci. Lissa Haase w wyniku działań Jugendamtu popełniła samobójstwo. Jest również sprawa Sandry Himmel, która została uprowadzona przez Jugendamt, a następnie faszerowano ją w domu dziecka psychotropami. Jak sama opowiadała, pracownicy przywiązywali ją pasami do krzesła. Ostatecznie zdesperowana i zmaltretowana psychicznie uciekła z tej placówki i pojechała autostopem do Polski. Niemiecka dziewczynka postanowiła szukać pomocy w Polsce i dopiero tam ją otrzymała.

Jestem przekonany, że obywatelstwo, jakie dziecko posiada, nie ma tu znaczenia. Aczkolwiek nie mogę wykluczyć, że nie bez znaczenia jest sytuacja demograficzna Niemiec, co sprawia, iż dla Jugendamtu liczy się, aby dziecko - bez względu na jego pochodzenie - pozostało w Niemczech.

 

Ile dzieci rocznie odbiera rodzicom Jugendamt?

- Takie statystyki prowadzi zarówno Polskie Stowarzyszenie Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, jak też inne tego typu stowarzyszenia. Tygodniowo mamy kilka zgłoszeń i skarg na Jugendamt. Również nasi przyjaciele z organizacji ojców VAFK mówią, że z dnia na dzień przybywa im nowych członków z osobistymi tragediami. Nic nam jednak nie wiadomo na temat prowadzenia takich statystyk przez Jugendamt. Statystyki, które do nas napływają z innych organizacji pozarządowych (głównie z organizacji zrzeszających ojców), są przerażające. Wynika z nich, że w 2005 r. na mocy decyzji tego urzędu w całych Niemczech odebrano rodzicom 28400 dzieci. W roku następnym liczba ta wzrosła o blisko 2 proc., co daje liczbę 28800. Wynika z tego, że dziennie odbierano 71 dzieci. W 2007 r. odebrano 28200 dzieci. W 2008 r. w stosunku do roku poprzedniego liczba odebranych dzieci wzrosła o 14,4 proc., co dało przerażający wynik 32300 odebranych rodzicom dzieci. Okazuje się więc, że urzędnicy z roku na rok biją kolejne rekordy.

 

Jak długo trwa tego typu sprawa przed Jugendamtem?

- W Niemczech ok. 3 lat. Znam jednak przypadki, w których sprawa toczyła się znacznie dłużej, bo aż do osiągnięcia przez dzieci pełnoletności.

 

Na licznych forach dla rodziców, którym Jugendamt odebrał dzieci, wytyka się, że w urzędzie tym pracują ludzie niekompetentni. Głośnym echem odbiła się historia półtorarocznej córeczki Liliany W. z Berlina, która przebywając w ośrodku opiekuńczym Jugendamtu, wielokrotnie była bita i gryziona - prawdopodobnie przez inne dzieci. Jak urząd tłumaczy tę sytuację?

- Na forach piszą ludzie, którzy przeżyli osobisty dramat. W pełni się z nimi zgadzam i ubolewam nad faktem, że dochodzi do tak wielu rodzinnych tragedii w demokratycznym państwie prawa.

Jeśli zaś chodzi o panią Lilianę W. i jej córeczkę, to jest to przypadek, w którym zostało udowodnione ewidentnie naganne zachowanie odpowiedzialnych ludzi na stanowiskach. Ta sprawa była i jest bardzo trudna. Udało się jednak nie tylko wyrwać dzieci z domu dziecka, ale również, i to nie bez pomocy naszego stowarzyszenia, umożliwić powrót dziewczynek do Polski. Dwie córki Liliany W. są teraz w Polsce u kochającego ojca. Chcemy pogratulować mu wielkiego zaangażowania, co miało decydujący wpływ na pozytywny werdykt w tej sprawie.

W tym miejscu pragnę także w imieniu stowarzyszenia i rodziców, których reprezentujemy, podziękować wielu zaangażowanym osobom bezinteresownie poświęcającym swój czas i życie zawodowe dla spraw dzieci i ich rodziców dyskryminowanych przez niemiecki Jugendamt. W szczególności zaś osobie, bez której nie moglibyśmy świętować żadnego sukcesu - panu mecenasowi Stefanowi Nowakowi. Ogromne podziękowania składam również redakcji "Naszego Dziennika" i gronu przychylnych nam osób z różnych środowisk, a w szczególności zaprzyjaźnionym psychologom, pedagogom, politykom i osobom prywatnym.

 

Do polskich oraz unijnych instytucji napływają każdego roku setki skarg i petycji rodziców z prośbą o pomoc w odzyskaniu dzieci odebranych im przez Jugendamt. Podobne pisma kieruje także Pana stowarzyszenie. W ilu przypadkach adresaci podejmują realne działania?

- W poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego polski europoseł Marcin Libicki, były Przewodniczący Komisji Petycji w Parlamencie Europejskim, wypracował bardzo dobry dokument roboczy w sprawie dyskryminacji przez niemiecki Jugendamt. Dokument ten pomaga nam w walce z tym urzędem, gdyż możemy udowodnić, że nowe przypadki nie są odosobnione. W tym czasie na forum Parlamentu Europejskiego za dyskryminację językową został przeproszony przez przedstawiciela rządu Niemiec jeden rodzic - Wojciech Pomorski. Jednak poza tym przypadkiem w tej kadencji brakuje reakcji ze strony Parlamentu Europejskiego na petycje i interpelacje w sprawie Jugendamtu. Sporo mówi się o pomocy politycznej, ale tak naprawdę słowa nie mają konkretnego pokrycia w działaniach instytucji europejskich.

 

Na portalach dla rodziców pokrzywdzonych przez Jugendamt bardzo często odnaleźć możemy nawiązania do procesu z Worms. O co chodziło w tej sprawie?

- Sprawa z Worms była najgłośniejszą w Niemczech sprawą o pedofilię. W wyniku działań Jugendamtu i jeszcze jednej organizacji "pomagającej" dzieciom 25 osób - głównie rodziców - oskarżono o molestowanie seksualne dzieci. W czasie prowadzenia sprawy, czyli w latach 1993-1997, dzieci przebywały w domu dziecka, gdzie nakłaniano je do składania fałszywych zeznań. Później wszystkie te osoby uniewinniono, ale i tak ich życie zostało zniszczone. Dyrektor domu dziecka stracił pracę, a w 2008 r. został oskarżony o praktyki pedofilskie wobec podopiecznych. W 2009 r. skazano go na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu i czasowo (!) odebrano mu prawo do wykonywania zawodu. Pedofilia w niemieckich domach dziecka jest bardzo trudna do udowodnienia. Zazwyczaj takie sprawy wychodzą dopiero po latach.

Dziękuję za rozmowę.

link - http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100602&typ=sw&id=sw31.txt

2-3 czerwca 2010, Nr 127 (3753)

 

Źródło: http://antyjugendamt.blog.onet.pl/2010/06/02/przegrany-bierze-dzieci-od-piatku-do-niedzieli/

 

 

* * * * * *  * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

Tak dziećmi opiekują się niemieckie Jugendamty

NIEMCY. Kilka dni temu Liliana W. z Berlina wygrała proces o swoje pięcioro dzieci, na czele z adwokatem Stefanem Nowakiem. Jej trójka dzieci wyrokiem sadu została zwrócona matce, ale z powodu procedury matka może zabrać do domu swoje dzieci dopiero kiedy znajdzie dla nich przedszkole. Dlatego dzieci mają jeszcze miesiąc przebywać w domu dziecka.

Dnia 21 marca 2010 roku, w godzinach wieczornych, nasze stowarzyszenie odebrało telefon oraz mail, w którym zapłakana matka oznajmiła nam, iż odwiedziła dziecko w domu dziecka, ale to co ujrzała przeraziło ja.

Jej półtoraroczna córka ma na twarzy siniaki i krwiaki, nawet takie tuż przy oku, na czole. Nos ma opuchnięty, w uchu również krwiaki (na zdjęciach tych w uchu nie widać). W łazience odkryła ugryzienie od innego dziecka na jej rączce. Wiedziona złym przeczuciem, postanowiła obejrzeć ją dokładniej. Okazało się, że podobne ugryzienie ma na drugiej rączce i trzy potężne ugryzienia na plecach!

Rodzice dziewczynki wspólnie wyrazili zgodę na opisanie i na opublikowanie informacji razem ze zdjęciem dziecka.

Matka i ojciec dziecka są załamani i bardzo zaskoczeni jakością "opieki" zaoferowanej przez przedstawicieli prawa rodzinnego - Jugendamt.

Nasze Stowarzyszenie będzie monitorować sprawę.

Marzena Supryniak

Członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech Oddział Berlin

Źródło: http://wolnemedia.net/wiadomosci-ze-swiata/tak-dziecmi-opiekuja-sie-niemieckie-jugendamty/

 

Źródło: http://wolnemedia.net/wiadomosci-ze-swiata/tak-dziecmi-opiekuja-sie-niemieckie-jugendamty/

 

 

* * * * * *  * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

 

Polak skarży Austrię

za łamanie podstawowych praw człowieka

06 sierpnia 2013

 

Wojciech Leszek Pomorski złożył skargę na Republikę Austrii do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu za dyskryminację. Polak zarzuca izolowanie go od dzieci i ich germanizację.

 

Sprawa dotyczy córek mężczyzny, które od ponad 10 lat są germanizowane i izolowane od całej polskiej rodziny. Zakazano im także mówienia między sobą w języku polskim.

- Ta sprawa jest dla mnie szczególnie ważna, bo od zakazu j. polskiego wszystko się zaczęło: mszczenie jugendamtów niemieckich, później  austriackich. Jugendamty zakładał Adolf Hitler; one zgermanizowały 200 tyś. polskich dzieci skradzionych w czasie wojny. Moje dzieci są teraz germanizowane w XXI wieku. Oczekuję odszkodowania. Jeśli sąd będzie uważał, to może zdyscyplinować kraj, aby nie robił takich rzeczy: wynaradawiać dzieci w czasach, gdzie mówi się o szanowaniu i kulturze. Jeżeli będzie jeszcze to możliwe to chciałbym po prostu swoje dzieci przytulić. Móc pokazać Polskę, móc przyjechać do polskich dziadków, którzy bardzo cierpią nie widząc 11 lat swoich wnuczek - powiedział Wojciech Leszek Pomorski.

Prezes Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech wnosił dla swoich córek o nauczanie języka polskiego, a także religii. Austria nie zgodziła się na to, natomiast zgadzała się na wszystko o co wnosiła strona niemiecka.

Rząd Donalda Tuska od sześciu lat nie pomaga Polakom. Tusk i Sikorski nas sprzedają - dodaje Wojciech Pomorski.

- Jeżeli chce się być w Unii Europejskiej i twierdzi się obłudnie o poszanowaniu wszystkich, a robi zupełnie co innego to coś tu nie gra. Państwo prędzej czy później będzie trzeba zreformować. Ważnym aspektem jest również polski rząd. Od 6 lat nic w tej sprawie nie robi. Tu chodzi o Tuska, Sikorskiego i ambasady mu podległe. Nie wspomnę o Bartoszewskim, który nawet jednym słowem nas nie wsparł. Naszych polityków nie interesuje naród. To boli. Jest nas około 3 mln, a oni nas sprzedają. Co to jest za rząd? - powiedział Pomorski.

 

Źródło: http://www.radiomaryja.pl/informacje/polak-skarzy-austrie-za-lamanie-podstawowych-praw-czlowieka/

 

 

* * * * * *  * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

Polska Agencja Prasowa:

W 2012 roku Jugendamty odebrały rodzicom ponad 40 tys. dzieci

 

Niemieckie urzędy do spraw młodzieży (Jugendamty) przejęły w 2012 roku opiekę nad 40,2 tys. dzieci, odbierając je czasowo rodzicom ze względu na zagrożenie zdrowia bądź życia - poinformował w środę Federalny Urząd Statystyczny w Wiesbaden.

To rekordowa liczba ingerencji, wyższa o ponad 1700 przypadków od liczby interwencji w roku 2011. W porównaniu z rokiem 2007 liczba przypadków odebrania dzieci rodzicom wzrosła o 43 proc.

Większość nieletnich (39 proc.), wobec których zastosowano instytucję przejęcia nadzoru, powróciła po krótkim czasie, nieprzekraczającym najczęściej pięciu dni, do swoich prawowitych opiekunów. W przypadku 32 proc. interwencji Jugendamty podjęły decyzję o udzieleniu pomocy wychowawczej, polegającej najczęściej na skierowaniu dziecka do rodziny zastępczej. 13 proc. nieletnich wymagało pomocy lekarskiej, w tym psychiatrycznej.

Najczęstszym powodem odebrania dziecka (43 proc.) było nieradzenie sobie rodziców z problemami wychowawczymi. Znacznie wzrosła też liczba dzieci, które wjechały na teren Niemiec bez rodziców. Samotnie granicę Niemiec przekroczyło w zeszłym roku 4800 dzieci i nastolatków, czyli pięć razy więcej niż w 2007 roku. Większość interwencji podejmowanych przez Jugendamty dotyczyła rodzin niemieckich - blisko 30 tys.; ponad 10 tys. nieletnich pochodziła z rodzin, w których co najmniej jeden rodzic nie był Niemcem.

Urzędy do spraw młodzieży przeprowadziły w zeszłym roku 107 tys. kontroli po otrzymaniu od nauczycieli, wychowawców, policji lub samych nieletnich sygnału o istnieniu zagrożenia. W 36 proc. przypadków pracownicy Jugendamtów uznali te sygnały za uzasadnione.

 Działalność niemieckich Jugendamtów była w przeszłości krytykowana przez część polityków w Polsce oraz polskie media ze względu na kontrowersyjne przypadki odbierania dzieci małżeństwom polsko-niemieckim lub polskim.

 Komisja petycji Parlamentu Europejskiego przyjęła w zeszłym roku krytyczny raport w sprawie Jugendamtów. Komisja badała skargi rodziców z różnych państw UE, którzy zarzucali Jugendamtom utrudnianie lub wręcz uniemożliwianie im kontaktu z dzieckiem w przypadkach, gdy sąd orzekł dostęp rodzicielski pod nadzorem. W Polsce głośne były sprawy rozwiedzionych Polaków mieszkających w Niemczech, którzy skarżyli się, że niemieckie instytucje uniemożliwiały im posługiwanie się językiem polskim w czasie nadzorowanych spotkań z dziećmi.

Podobne problemy zgłaszali też rodzice z Francji i Włoch. W swoim raporcie europosłowie zalecili utworzenie "odpowiedniego mechanizmu odwoławczego do rozpatrywania skarg" na Jugendamty. W rekomendacjach znalazło się także m.in. umożliwienie częstszych spotkań z rodzicami oraz dopuszczenie wszystkich języków i tłumaczeń ustnych podczas takich wizyt. Jugendamty powstały w latach 20. XX wieku jako instytucja opiekująca się trudną młodzieżą, zdeprawowaną w wyniku wojny. Po dojściu do władzy w 1933 roku naziści włączyli sieć tych placówek do swojego systemu wychowawczego.

Obecnie działalność urzędów do spraw młodzieży znajduje się w gestii niemieckich krajów związkowych (landów). W przypadkach zaniedbania dzieci przez opiekunów lub znęcania się nad nimi, co nierzadko kończy się śmiercią nieletnich, Jugendamty krytykowane są za opieszałość i brak zdecydowania; z drugiej strony zarzuca się im ingerowanie w życie rodzin i naruszanie prywatności.

PAP

 

Źródło: http://www.radiomaryja.pl/informacje/w-2012-roku-jugendamty-odebraly-rodzicom-ponad-40-tys-dzieci/


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry