Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Czesław Jaroszyński

Czesław Jaroszyński

Ile lat miałeś wtedy?

 

 

Po śniegu, coraz ku dzikszej krainie

Leci kibitka jako wiatr w pustynie.

Adam Mickiewicz, Dziady część III

 

 

Tego dnia, 10 lutego 1940 roku, wstaliśmy wcześniej niż zwykle i znaleźliśmy się na piecu, gdzie jest ciepło i przytulnie.

 

Nocny mróz grubą warstwą szronu wyrzeźbił kwiaty na szybach okiennych. Po ścianie, z otwartej niszy palącego się pieca, pełgał złotawy blask i od czasu do czasu przesuwał się cień krzątającej się mamy. Słychać było szuranie i postukiwanie garnków i patelni.

 

Nie wiem, co nas tak wcześnie obudziło. Może to mróz, wciskający się od kilku tygodni wszelkimi możliwymi szparami, szczególnie nad ranem? Może zagadkowy wyjazd naszego ojca w środku nocy do Derewna, dokąd dostał wezwanie poprzedniego dnia? A może to ta jakaś niepewność, która pojawiła się wraz z grzechotem czołgów na gościńcu, rozdarła ciszę, a potem przyczaiła się w Puszczy Nalibockiej, w starych okopach naszego lasu i każdej nocy podpełzała coraz bliżej i bliżej, aż do samej stodoły pachnącej sianem, do obory parującej oddechami cielaków, krów i stłoczonych w gromadkę owiec, aż do samej sieni naszego domu? I teraz w znieruchomiałym od mrozu prześwicie, wraz z dalekimi dzwonkami sań, zbliżała się nieuchronnie.

 

Siedzimy więc na piecu, czekamy na śniadanie, na bliny z jajkiem na boczku, na powrót ojca, na nowy dzień. Czekamy z nadzieją, że będzie cieplej, że można będzie wyjść na dwór na sanki albo na łyżwy, lecz nie te zwykłe drewniane, podkute drutem zwyczajnym - tylko prawdziwe, lśniące, niklowane, które otrzymałem na imieniny jeszcze latem od pani nadleśniczyny z Balewicz.

 

Te dalekie dzwonki, które z początku jakby się przybliżały, teraz znowu zaczęły się oddalać. Co zaniepokoiło widać mamę, bo wyszła na dwór, żeby zobaczyć, kto też mógł przejeżdżać tędy o tak wczesnej porze. Wróciła i powiedziała jakby sama do siebie: "Jakieś furmanki pojechały, może do Ignatowiczów, a może do Kołodzińskich, kto go tam wie". I dodała: "Ależ straszny mróz na dworze, brr...". Co oznaczało dla mnie, że niestety dzisiaj również trzeba będzie siedzieć w domu.

 

Po jakimś czasie, może po pół godzinie, a może znacznie później, znowu usłyszeliśmy dzwonek: lecz nie tak jak przedtem od strony lasu, przez który droga prowadziła na gościniec i dalej do Derewna, tylko z drugiej strony, od Ignatowiczów, od Chotowy. Siedzimy na piecu i nasłuchujemy. Tak, ktoś jedzie. I to do nas. Ale kto? Już słychać coraz wyraźniejsze brzęczenie dzwonka. Już słychać parskanie konia. Skrzypienie sań pod samymi oknami. I cisza.

Dopiero po chwili - kroki na ganku, tupania, otwieranie drzwi do sieni, a potem do mieszkania. Tak, to ojciec przyjechał, ale nie sam, ktoś jest z nim. Ale kto? Wychylamy się zza komina i patrzymy. Kto to może być ten obcy w szynelu i w czapce zimowej?

 

Gdy tylko weszli do środka, nagle ten nieznajomy:

 

- Stać, ruki w wierch, wy Franc Benedyktowicz Jaroszyński?

- Tak, to ja - cicho odpowiedział ojciec, trzymając ręce wzniesione. Wtedy tamten:

- Arużje jest?

 

Oczywiście u nas nie było żadnej broni. Miał wujek Lipień, miał stryjek Michał, ale my nie mieliśmy. Dlatego ojciec od jakiegoś czasu - na wszelki wypadek, jak mówił - stawiał siekierę na noc przy drzwiach. Gdy więc zapewnił, że "arużja" u nas żadnego, wówczas ten obcy wyjął jakiś papier, przesunął się trochę bliżej okna, już lekko rozjaśnionego, i coś tam przeczytał. Lecz co? Tego już nie rozumiałem. Usłyszałem jedynie przyciszony i spokojny głos ojca:

 

- Ubierajcie się dzieci i wychodźcie. Musimy opuścić nasz dom. Mamy niewiele czasu.

 

Widzę wyraźnie, jak nic innego przedtem ani potem: przy samym stole, plecami do okna, w szynelu, w czapce na głowie stoi enkawudzista, jakby ogarniając całą izbę i nas wszystkich, a obok - w kurtce przepasanej z baranim kołnierzem, bez czapki, zwrócony w kierunku enkawudzisty i naszym, już z opuszczonymi rękami - ojciec; przy piecu, prawie tuż przed nami, mama i my na piecu, w górze, pod samym sufitem. I słyszę - ten przejmujący nie do opisania płacz - Marysi, Ireny i Staszka.

 

Słyszę go teraz! W tej chwili! Po tylu latach - słyszę go i przejmuje mnie drżeniem.

 

To wszystko, co działo się potem, widzę jak przez mgłę jakąś, niewyraźnie bardzo. Z pewnością nikt już z nas nie płakał. I od tej pory, przez te wszystkie następne lata, w moim oku nigdy nie zakręciła się choćby jedna łza.

 

Z tego, co oznajmił nam enkawudzista, wynikało, że mamy zaledwie pół godziny na ubranie się i spakowanie, jedzenia wziąć tylko na trzy dni, a rzeczy - tylko niezbędne. Wszystko, co nam będzie potrzeba, otrzymamy na miejscu. I tam oczywiście będzie nam lepiej, "budiet łuczsze". Bo tam do pracy dojeżdża się "maszynami".

 

Tak więc 10 lutego 1940 roku, wczesnym rankiem, przy trzydziestostopniowym mrozie, otuleni kocami, na własnych saniach, w które był zaprzęgnięty ojca ulubiony Kary, przy szczekaniu i wyciu psów, i naszych, i sąsiadów - opuszczaliśmy nasz dom, nasze gospodarstwo, naszą ziemię i wszystko to, co poznaliśmy, wszystko to, co pokochaliśmy - opuszczaliśmy na zawsze.

Irena miała siedem lat, Marysia - jedenaście, ja - dziewięć, Staszek - zaledwie cztery.

Tego dnia opustoszała cała osada Balewicze. Wszyscy osadnicy zostali wywiezieni.

 

Jurewicze z małym dzieckiem.

 

Ignatowicze z trojgiem dzieci: Lodzią, z którą razem chodziłem do szkoły, najpierw do Chotowy, potem do Zarzecza, Wackiem - trochę młodszym ode mnie, i najmłodszym Romkiem.

 

Kłodzińscy, czyli Robinzony (przezwisko od Robinsona Cruzoe z powieści Defoe, powstałe ze względu na to, że mieszkali przy samym lesie), również z trojgiem dzieci: Józkiem - starszym trochę ode mnie, Staszkiem - moim rówieśnikiem, i najmłodszą Reginą.

 

Michał Jaroszyński (stryjek, był sekretarzem w nadleśnictwie) ze stryjenką Ireną i małym trzyletnim Wieśkiem.

 

Antoni Lipień (gajowy) z całą rodziną, z ciotką Anną, Werką, Czesiem i Zbyszkiem.

Czesław Jaroszyński

 

Autor jest z zawodu aktorem, wykładowcą retoryki na Uniwersytecie Warszawskim, autorem kilku książek i wierszy. Powyższy artykuł jest fragmentem książki przygotowywanej do druku.

 

 Nasz Dziennik z 10 lutego 2004 r.

 


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry