Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
CZY PREZYDENT KÖHLER

ks. prof. Czesław S. Bartnik

CZY  PREZYDENT  KÖHLER

BYŁ  "WYPĘDZONY" ?

 

Wybrany 23 maja br. prezydent Niemiec Horst Köhler urodził się w Skierbieszowie k. Zamościa. Ten fakt ostatnio zaczyna mieć znaczenie propagandowe.

 

Premier Bawarii Edmund Stoiber 30 maja br. wezwał Czechy do anulowania dekretów Benesza, zgodnie z którymi Niemcy popierający Hitlera, a zdradzający Czechy, musieli po wojnie opuścić teren Czechosłowacji.

 

PREZYDENT A ZWIĄZEK WYPĘDZONYCH

 

U nas jest coś jeszcze bardziej drażliwego. Oto pani Erika Steinbach, przewodnicząca Związku Wypędzonych w Niemczech i reprezentantka milionów Niemców, żąda, żeby Polska albo oddała w ramach Unii Europejskiej Ziemie Odzyskane, albo pozwoliła wrócić byłym mieszkańcom i ich rodzinom na dawne ziemie, albo wreszcie, żeby wypłaciła pełne odszkodowanie rodzinom Niemców, którzy w czasie wojny i po niej uszli z tych ziem przed Armią Czerwoną. Nie zważa ona wcale na to, że ziemie te przyznali nam alianci, że Sowieci nasiedlili tam ludność polską wypędzoną z polskich ziem wschodnich i częściowo zamieszkali tam również Ukraińcy, którzy nie chcieli wyjechać do Związku Sowieckiego. Erika Steinbach urodziła się również w czasie wojny na terenie Polski jako córka niemieckiego feldfebla (podoficera), który walczył przeciwko Polsce i Rosji. Teraz uważa, że została "wypędzona" przez Polaków i traktuje Polskę jako główną sprawczynię "wypędzenia" Niemców z owych ziem.

 

Ostatnio właśnie Edmund Stoiber, Erika Steinbach i wielu innych wywierają różne naciski na nowego prezydenta Niemiec wywodzącego się z CDU/CSU, żeby jako "dziecko niemieckich wypędzonych" poparł Związek Wypędzonych i "prawo" rewindykacji majątkowych. Po prostu, by się określił jako "wypędzony z Polski przez Polaków", gdyż podzielił los Niemców "wypędzonych" z ziem zachodnich i północnych. Prezydent odpowiada na to - w moim odbiorze - zbyt dyplomatycznie. Z jednej strony mówi się o nim, że ostatnio dystansuje się od idei pani Steinbach, ale z drugiej strony jego wypowiedzi własne nie są tak bardzo jednoznaczne. Po wyborze powiedział: "Chcę być otwarty [w tej kwestii], a jeśli trzeba, niewygodny". Co znaczy "otwarty"? Otwartość może oznaczać właśnie chęć poddania sprawy polskich Ziem Odzyskanych pod dyskusję europejską.

Z kolei 1 czerwca powiedział: "Moje miejsce urodzenia nie stanowi problemu". Znowu, co to znaczy? Czy to, że urodził się w Skierbieszowie i uszedł przed Armią Czerwoną, nie czyni go "wypędzonym z Polski" czy też nie jest Niemcem "gorszym" od tych zachodnich? Powiedział też, że "krzywda powinna zostać nazwana po imieniu". Czy to nie oznacza, że krzywdę Niemcom wyrządzili tylko Polacy, a nie nieodpowiedzialna i zbrodnicza polityka niemiecka? A wreszcie powiedział: "To moi rodzicie zostali wypędzeni... z Polski" (J. Trenkner).

 

Niepokojąca jest mentalność niemieckich mediów na temat pochodzenia Köhlera. Po jego wyborze napisano, że "rodzice Horsta Köhlera mieszkali w Besarabii" (dziś Mołdawia) i że "zostali przesiedleni w 1940 roku na polecenie władz hitlerowskich na tereny okupowanej przez Niemców Zamojszczyzny". Tak samo piszą nasze media na niemieckim żołdzie. Już się nie mówi, że z Rumunii do Polski, tylko że z terenu na teren, z regionu do regionu, tak jakby już Hitler tworzył Europę regionów. Nie mówi się też, że rodzice wyjechali dobrowolnie, lecz że "na polecenie władz hitlerowskich", jakby wina leżała tylko po stronie władz hitlerowskich i to one miałyby wyrządzić olbrzymią krzywdę rodzinie Köhlerów, a oni sami, niebożątka, nie szukali urządzenia się w życiu. A przede wszystkim nie wspomina się, że osiedlili się w gospodarstwie polskim, którego właścicieli wywieziono do Auschwitz na śmierć, a dzieci na zniemczenie. Nie mówię, żeby to była wina małego Horsta, ale jego rodzice tkwili korzeniami w zbiorowej zbrodni niemieckiej.

 

W rezultacie problematyczna jest też postawa nowego prezydenta względem Polski. Horst Köhler, chłodny finansista i bankier, były dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bez wrażliwości socjalnej, jest zwolennikiem neoliberalizmu, niemieckiej dominacji w UE i chce przerzucić więcej kosztów unijnych na inne państwa, w tym na Polskę. Opowiada się za dominacją międzynarodowych rynków finansowych nad polityką narodową, choć popiera jednak Niemcy w walce o hegemonię gospodarczą w UE. Chce też dążyć do podniesienia znaczenia Niemiec na forum ONZ i w całym świecie, choć nie bez współpracy z Ameryką. Jest od roku 1981 chadekiem, ale popiera wiele różnych tez, jak ograniczanie roli państwa, wydłużenie czasu pracy, podwyższenie wieku emerytalnego, głęboka reforma rent i podatków, większe obciążenie klasy średniej, a wreszcie jest skłonny wprowadzić wysokie opłaty za studia, by młodzież zdyscyplinować i by nie było nadmiaru bezrobotnej inteligencji. Opowiada się także za pomniejszeniem znaczenia parlamentu. Wypisz, wymaluj polityka obecnej koalicji polskiej, która "zjednoczyła nas z Niemcami".

 

NIEMIECKA ZBRODNIA WYSIEDLEŃCZA

Żeby lepiej zrozumieć sprawę, trzeba sięgnąć do naszej historii. Otóż Horst Köhler urodził się 22 lutego 1943 r. w Skierbieszowie, osadzie leżącej na Zamojszczyźnie. Zamojszczyzna zaś odgrywała ważną rolę w imperialnych planach "Wielkich Niemiec" i w "Generalnym Planie Wschodnim", głównie ze względu na bardzo urodzajne ziemie i wspaniałą rzeźbę terenu. Uznano ją za prastare ziemie niemieckie, a mianowicie za tereny germańskich Gotów, których szczątki zresztą do dziś mają odkrywać polscy nieświadomi uczeni. Sam Zamość miał się nazywać Himmlerstadt. "Niemieckim Okręgiem Osiedleńczym" kierował bezpośrednio wysoki dygnitarz hitlerowski Odilo Globocnik (1904-1945), Austriak, który kierował też zagładą Żydów w Generalnej Guberni. On to dozorował plan wysiedlenia Polaków z całej Zamojszczyzny i zasiedlenia jej Niemcami z Besarabii, Bośni, Serbii, Słowenii, ZSRS i z Polski (także volksdeutschami na gorszych terenach). Faktycznie z całej Zamojszczyzny wysiedlono ok. 150 tys. Polaków z 297 wsi i ze Szczebrzeszyna, w tym ok. 30 tys. dzieci, których wiele w tych warunkach zmarło. Na to miejsce zamierzano nasiedlić ogółem 60 tys. Niemców, ale do końca roku 1943 nasiedlono tylko ok. 10 tys., gdyż zbrodniczą akcję przerwał front wschodni.

 

I właśnie w Skierbieszowie, który odtąd miał się nazywać Heidenstein (Pogański Kamień), dokonała się pierwsza akcja próbna wysiedlenia Polaków już w nocy z 6 na 7 listopada 1941 roku. Chodziło o zbadanie, jak zachowa się ludność tubylcza, co zrobi polska konspiracja i czy sami Niemcy zechcą się osiedlić. Wysiedlono mieszkańców bogatszych i bardziej okazałych gospodarstw, także ludzi z pobliskich osad, m.in. z dworku Mościckich, skąd pochodził Ignacy Mościcki, prezydent II Rzeczypospolitej, przebywający wówczas na emigracji w Szwajcarii. Tej samej nocy, w czasie pluchy i przejmującego zimna, wysiedlono także niektórych gospodarzy z Sitańca, Białobrzegów i innych wsi. Rodzinom polskim dawano 20-30 minut na zebranie się, spędzano je w jedno miejsce i przewożono do obozu przejściowego w Zamościu "za druty", stąd zaś do Auschwitz i na przymusowe roboty do Niemiec.

 

Informacja, że "rodzice Köhlera zostali przesiedleni z Besarabii w 1940r. na rozkaz władzy hitlerowskiej", nie jest ścisła. Bowiem w 1940 r. Armia Czerwona w porozumieniu z Niemcami zajęła Besarabię i dokonano "wymiany ludności" - ruskiej i niemieckiej. Rodzina Köhlerów może wówczas wyjechała z Besarabii, ale po 6 listopada 1941 r. nie była jeszcze w Polsce, zresztą po 22 czerwca 1941 roku wojska niemieckie wdarły się głęboko na wschód. W każdym razie rodzice nie przyjechali do Skierbieszowa przymusowo i wbrew ich woli, mieli też wiele miejsc do wyboru. Ponadto nie było to w roku 1940 - jak zdaje się podawać sam prezydent - lecz co najmniej rok później. W roku 1941 przyjechała już pierwsza grupa Niemców z Besarabii. Przywieziono ich furmankami od kolei z Zamościa. Nasiedleńcy byli uzbrojeni, każdy dorosły mężczyzna miał karabin, a znaczniejsi mieli także broń krótką. Wszystkich ich nazwaliśmy szybko "czarnymi" ze względu na śniadą cerę. W Skierbieszowie, który był bardzo aktywny patriotycznie, założyli w Huszczce szkołę niemiecką dla wszystkich, a szczególnie dla volksdeutschów. Mieszkańców bardzo namawiano do podpisania volkslisty, strasząc, że wszyscy inni będą wysiedleni i wywiezieni do obozów.

 

Istotnie, do pełnego, jeszcze bardziej zbrodniczego wysiedlenia doszło rok później, również w nocy 27 listopada 1942 r., a pierwsi nasiedleńcy służyli żandarmerii pomocą. Wysiedlono resztę Skierbieszowa oraz całe wsie pobliskie i dalsze: Sady, Lipinę Nową, Hajnówkę, Suchodębie, Zawodę i inne, a także Płoskie, Wielączę, Zawadę, Złojec, Zarudzie, Nawóz, Stary Zamość i inne. Młodsi mężczyźni na ogół uszli, uprzedzeni przez podziemie, zresztą masami wstępowali do partyzantki. Ludzi, którzy nie uciekli, zabrano "za druty" (pod gołym niebem), do obozu przejściowego w Zamościu, tam ich rozdzielono na trzy grupy: mężczyzn, kobiety i dzieci. Nawet najmniejsze dzieci odebrano matkom. Zdarzało się, że gdy matka absolutnie nie chciała oddać dziecka, to ją zabijano. Część ludzi wysłano do obozów koncentracyjnych, m.in. do Auschwitz, część przeznaczono na przymusowe prace w Niemczech, zwłaszcza do zakładów zbrojeniowych, a dzieci "wartościowe rasowo" przeznaczono na zniemczenie. Niektóre z tych dzieci odbiła po drodze partyzantka, część wykupił hrabia Jan Zamoyski (m.in. mojego młodszego kolegę, dziś księdza prof. dr hab. Józefa Bazylaka), a reszta została, niestety, zgermanizowana. Dziś wiele z tych osób nawet nie wie, że są Polakami. Z całej Polski Niemcy zrabowali w ten sposób ok. 200 tys. dzieci, w tym z Zamojszczyzny ok. 30 tys. Takie oto piekło miało służyć za podstawę urządzenia się najeźdźcom niemieckim, m.in. rodzinie Köhlerów.

 

NIEMCY W ROLI DEMONÓW

Od listopada 1942 roku Niemcy coraz gwałtowniej szaleją, a wszyscy nasiedleńcy legitymizują to i są współsprawcami piekła. Tego samego 27 listopada 1942 r. Niemcy robią na całej niemal Zamojszczyźnie łapanki na roboty do Niemiec. W Szczebrzeszynie schwytano z ulicy i z domów 26 młodych osób, w większości dziewczynki, do których nie dopuszczono nawet ich matek chcących im podać ciepłe ubranie lub bochenek chleba. Zabrano je na odległą stację kolejową. Innym razem w Krasnobrodzie i w Kosobudach Niemcy łapali młodzież w kościołach w czasie Mszy św. W mojej wsi Źrebce złapano 16-letnią sąsiadkę Zosię. Została wsadzona na wóz i zawieziona do gminy w Sułowie. Mojemu stryjowi, sołtysowi, Janowi Bartnikowi udało się ją uwolnić za wódkę. Żandarmi i Wehrmacht chodzili co kilka dni po polach, przed żniwami, łapali ludzi "na roboty" do Niemiec. Ojciec i bracia chowali się w zbożu. Podobnie było niemal we wszystkich wsiach Zamojszczyzny.

 

Piekło niemieckie rozpaliło się jeszcze bardziej w roku 1943, na początku którego urodził się Horst. Żeby sterroryzować polskich partyzantów, nazywanych przez Tysiącletnią Rzeszę "bandytami", Niemcy stosowali rozstrzeliwanie zakładników. Jeśli zginął choć jeden żandarm lub "czarny", to rozstrzeliwano publicznie co najmniej dziesięciu Polaków, z góry zresztą podanych na obwieszczeniach. A kiedy to nie poskutkowało, Niemcy podjęli generalną akcję pacyfikacyjną w lipcu i sierpniu 1943 roku pod nazwą akcja "Wehrwolf". Rozwinęli terror totalny także przy współpracy "czarnych" nasiedleńców. Istna apokalipsa, którą sam przeżywałem. Jeśli tylko rozeszła się szerzej jakaś złowroga pogłoska, polscy wieśniacy masowo uciekali na furmankach z zagrożonych wsi, przeważnie nocami, z dobytkiem, pierzynami. Wiozą świnie, prowadzą krowy... Kierują się przeważnie ku wioskom przy lasach, gdzie Niemcy boją się osadzać swoich z obawy przed partyzantką, która wzrasta ogromnie w siłę. Biedni ludzie! Niektórzy już nawet próbują zapisać się na volksdeutschów lub przejść na prawosławie, żeby uchodzić za Ukraińców, których Niemcy wspierają. Ale i to nie pomaga. Ludzie "kultury zachodniej" wysiedlają coraz więcej. Drżymy wszyscy, żeby tylko nie w czasie wielkich mrozów. Ale przyszła i na nas kolej. 10 lipca 1943 r., w czasie sianokosów i tuż przed zbiorami zbóż, wysiedlono: Bodaczów, Deszkowice, Rozłopy, Sułów, Kolonię Sułów, Tworyczów, Sułowiec, moje Źrebce, a także większość Polaków ze Szczebrzeszyna. Boimy się, żeby nas nie wywieźli do Auschwitz. Dzięki Bogu, pozwalają nam uchodzić do innych wsi i zabrać ze sobą tyle, ile się zmieści na jednej furmance, tyle że na zebranie się dano nam tylko 20 minut. Ojciec zachowuje się bohatersko, matka się modli, a my, dzieci, przeżywamy to raczej jak przygodę w obronie Polski. W terenie pozamykano kościoły, aresztowano wielu księży, pozwalano Polakom modlić się tylko w kaplicach na cmentarzach. Za kilka dni do wsi zjechali "czarni". Kilku mieszkańcom wsi pozwolono pozostać, oczywiście w roli parobków i niewolników, na co i dziś godzą się amatorzy Unii z Niemcami.

 

Od początku roku 1944 nie jest lepiej, mimo iż front wschodni jest już niedaleko Włodzimierza. Niemcy nadal wysiedlają: Dub, Kotlice, Horyszów Ruski, Perespę i wiele innych. Tym razem bardziej karnie. Prawie codziennie ginie jakiś żandarm lub szpicel, ale i giną nasi. Śmierć człowieka odbiera się jako coś normalnego, niemal jak zastrzelenie zająca. Partyzanci próbują przestrzegać "czarnych", by nie wspierali żandarmerii w jej akcjach pacyfikacyjnych. Mimo to niektórzy "czarni" nie słuchają, czują się panami Zamojszczyzny, strzelają do nieznanych mężczyzn, a niekiedy i do dzieci, które się zakradają do ich gospodarstw. Jeszcze 17 maja 1944 r. zaatakowali Kazimierówkę, zabili 5 Polaków, wielu ranili, a wieś spalili. Potem więc następuje polski odwet. Nocami turkot wozów, okrzyki bitewne, terkot karabinów maszynowych, wybuchy granatów, a przede wszystkim łuny pożarów. Mimo to po Szczebrzeszynie chodzą młodzi "czarni", jak dzicy, pijani, z karabinami i granatami, i wygrażają resztkom Polaków, że ich wybiją, a domostwa spalą.

 

Na domiar złego na południu Zamojszczyzny sprzymierzeni z "czarnymi" i żandarmerią Ukraińcy robią coraz głębsze wypady na wsie polskie, palą i mordują w straszliwy sposób i stosują tortury wprost nie do opisania. Działa też bestialskie ukraińskie SS. Nasi, Armia Krajowa i Bataliony Chłopskie, robią odwety, rozbijają bandy ukraińskie i palą ich wsie.

 

Nadsłuchujemy, czy nie słychać dział frontowych. Front jest już w odległości ok. 100 km, ale "czarni" jeszcze się trzymają. I trzymają nas ciągle jak wilki w swej paszczy, jak hardzi wojenni zdobywcy. Powoli jednak puszczają "czarnym" nerwy i zaczynają wyjeżdżać. Ze Skierbieszowa wyjeżdżają już na przełomie lutego i marca. Rodzina Köhlerów, licząca ok. 10 osób, otrzymała sześć furmanek na wywóz dobytku. W ogóle "czarni" zabierali, co mogli: blachę z dachu, kafle z pieca, klamki mosiężne, różne naczynia i sprzęty. "Czarni" uchodzą na Zamość, Krasnystaw, Radom, na Łódź, która należy już do "Rzeszy" i jest niemal w całości zasiedlona przez Niemców. Może dlatego za rok Armia Czerwona zechce zrabować w Łodzi wszystkie urządzenia zakładów i fabryk. Ucieczka Niemców przyhamowała się na jakieś trzy miesiące z powodu zatrzymania się frontu na Bugu. Ale pod koniec lipca 1944 roku do Skierbieszowa wkroczyli triumfalnie partyzanci wraz z bohaterskim porucznikiem Józefem Śmiechem ps. "Ciąg". Następnego dnia wkroczyli Sowieci. A kto wypędził "czarnych"? Czy ucieczka napastnika z domu człowieka napadniętego jest "wypędzeniem" i to "zawinionym" przez napadniętego? Jaka tu jest u podstaw logika i jaka moralność? I dlatego trwożymy się w związku z Unią Europejską, bo już wówczas Niemcy nie miały nic wspólnego z chrześcijaństwem. I to prowadzi UE donikąd, a raczej do tragedii.

 

NIEODPARTE PYTANIA KONKLUZYJNE

Polakom, którzy przeżyli tragedię Zamojszczyzny, cisną się do głowy bardzo dręczące pytania. Jak człowiek, który przecież wyrósł w tradycji chrześcijańskiej od wieków - Niemiec, Rosjanin, Ukrainiec czy ktoś inny - może być tak okrutny dla drugiego człowieka? Czy potomkowie tych, którzy przyczynili się do śmierci także ok. 10 tys. Żydów w samym Zamościu, mogą się uważać za "dzieci wypędzonych"? Czy już po 60 latach natura germańska zmieniła się w jagnię? Czy wystarczy zdrajcom Polski dać nagrody pieniężne "za pojednanie" polsko-niemieckie? Jak wytłumaczyć, że "czarni", będący świadomymi uczestnikami zbójectwa germańskiego, mogą sobie przypisywać honor "bohaterskiego męczeństwa wysiedlonych", a nawet żądać rekompensaty za to, że musieli pozostawić dobra, które wpierw komuś zrabowali? Politykom o moralności pogańskiej coś się dziś w głowach pomieszało. Prawda, były najazdy, grabieże i wielkie przesiedlenia od najdawniejszych czasów, ale takim Babilończykom czy Asyryjczykom nie przychodziło nawet do głowy, żeby żądać "odszkodowania" za to, co zrabowali, choć samym rabunkiem się chełpili. Jak więc odpowiedzialni politycy mogą dziś popierać Związek Wypędzonych?

 

Oczywiście i polska polityka ateistyczna dziś odchodzi daleko od godziwości. Słusznie mecenas Tadeusz Szymański w imieniu Stowarzyszenia Polskich Prawników Katolickich wyraża głęboką troskę społeczeństwa o stan państwa polskiego, zwłaszcza co do stanowienia praw oraz co do osobowości, mentalności i wykształcenia ludzi sięgających po władzę na różnych szczeblach. Dlaczego nie prowadzi się u nas wielkiej polityki, a jedynie walki o pieniądze i władzę? Przypomina mi się, że kiedy w sierpniu 1944 r., tuż po wkroczeniu Sowietów do Lublina, grupa dawnych profesorów zgłosiła wniosek o wznowienie Lubelskiego Uniwersytetu Katolickiego, zamkniętego przez "kulturotwórczych" Niemców, to rząd polski w Londynie zakazał tego na znak protestu przeciwko Związkowi Sowieckiemu i PKWN. KUL oczywiście nie posłuchał. Gdyby posłuchał, już by nie istniał. Ponadto w tym samym czasie grupa Żydów komunistów założyła UMCS jako przeciwwagę dla uczelni katolickiej. Decyzja rządu londyńskiego była szalona.

 

Wracając do niemieckiego prezydenta urodzonego w Skierbieszowie, to sprawa jest bardzo jasna. My za nic go nie obwiniamy jako osobę. Cieszymy się każdym dobrym i zdolnym człowiekiem. Nawet skierbieszowianie pokazują z szacunkiem dom, w którym ten wybitny człowiek się urodził. Chcieliby go też przyjąć bardzo gościnnie, po polsku, gdyby chciał odwiedzić miejsce swoich narodzin. To takie ludzkie. Polacy są ludźmi wybaczającymi, także Niemcom. Toteż sołtys Mieczysław Barton już cztery lata temu wystosował zaproszenie do odwiedzin. Ale myślimy, że pan Horst Köhler jako prezydent Niemiec powinien odciąć się zdecydowanie od zbrodni niemieckich na Zamojszczyźnie i serdecznie i szczerze nas za wszystko przeprosić. To byłoby takie ludzkie i godne nowych czasów. My, mieszkańcy Zamojszczyzny, nie myśleliśmy o żadnym odszkodowaniu ze strony Niemiec, ale kiedy niemiecki Związek Wypędzonych zaczyna żądać od Polski "odszkodowań" za skutki wojny, którą oni nam wydali, to i my niewątpliwie mamy rzeczywiste prawo domagać się od państwa niemieckiego pełnych odszkodowań materialnych za akcję wysiedleńczą i za zniszczenie Zamojszczyzny, która do dziś nie może się podnieść.

ks. prof. Czesław S. Bartnik

NASZ DZIENNIK Nr 142, 19-20.06.2004,


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry